Właśnie dziś mija rok od rozpoczęcia mojej blogowej aktywności. To już coś. Nie zniechęciłem się i piszę dalej. W końcu ponad 3800 wejść na stronę do czegoś zobowiązuje.
Wracając jednak do opisu życia Czwóreczki z Sokoła. Wczoraj był dzień kobiet. Wymyśliłem to sobie sprytnie, że nie będę ósmego marca stał w kwiaciarni w kolejkach, więc moje panie, czyli Misza i Zo dostały bukiet tulipanków już dnia poprzedniego. Wybrałem dla każdej z pań ulubiony kolor, czyli fioletowy dla Miszy i różowy dla Zo. W moim zamierzeniu miała to być jedna wiązanka, która by stała w wazonie na stole w dużym pokoju. Jednak Zo jako znana indywidualistka (patrz wcześniejszy wpis) chciała, aby jej tulipanki stały w osobnym wazonie, w jej pokoju. Proszę bardzo… w końcu to jej święto – małej kobietki.
Franki był wielce nie pocieszony, że on nie dostał żadnego kwiatka. W ogóle był to tragiczny dzień w przedszkolu, bo dziewczyny dostawały prezenciki, a on nie.
– Okropny dzień! Wcale się nie cieszę – mruczał markotny i bliski płaczu.
W ramach dobrego uczynku na dzień kobiet ogłosiłem Miszy, że tego dnia, wyjątkowo ja zajmę się obiadem. Można powiedzieć, że była to herioczna deklaracja z mojej strony. W rzeczywistości wszystko sprowadziło się do odsmażenia na patelni kotletów, które moja niestudzona, ukochana małżonka natukła i przyprawiła wieczór wcześniej oraz do usmażenia frytek w piekarniku. Ale z mnie bohater…
– Czy w skład deklaracji wchodzi też posprzątanie po obiedzie? – spytała nieśmiało moja najwspanialsza małżonka.
– Oczywiście – odparłem głosem prawdziwego herosa, choć w głowie zaczęły mi tęsknie odpływać w siną dal słodkie myśli o popołudniowej lekturze gazet w towarzystwie kanapy i mięciutkiej poduszki pod głowę.
Myjąc blachę z piekarnika pocieszałem się jednak myślą, że ominie mnie za to kwestia katorżniczych ćwiczeń literek z naszymi dziećmi.Okazuje się więc, że nawet praca w kuchni ma swoje dodatnie strony.
